29 lipca 2011

Psie ogony


Zasada jest taka. Jeśli pies cię posłucha i wykona trudne polecenie, a ty poczujesz ten cudowny przypływ dumy, nie rozglądaj się na boki. Nikogo nie ma, nikt nie widział. Ale niech twój pies nagle ogłuchnie i zawzięcie ignoruje twoje komendy.. Też się nie rozglądaj.. Po co patrzeć w oczy tym rozbawionym i pełnym kpiny tłumom.

Przez cały tydzień jest szaro, zimno i mokro. Lipcopad. A tu nagle trafił się cudownie ciepły poranek. Błękitne niebo naznaczone kilkoma białymi chmurkami, słońce łagodnie budzi swoimi promieniami.. Mniej łagodnie budzi zniecierpliwiony pies. Czasem cieszę się, że nie wiem co on do mnie szczeka.. Po co psuć sobie humor. Pies szczekał dosyć natarczywie, więc zaspana, rozczochrana, w pidżamie wychodzę na schody wejściowe, puszczam psa na ogród tak jak stał i staram się dobudzić. W końcu udało mi się na tyle, żeby zauważyć, że pan pies sobie poszedł. Pewnie na tył domu kosy gonić. No nic, trzeba się powlec za nim i uratować biedne ptaszyska. Wleczenie wychodziło mi całkiem dobrze i już zaczynałam łapać rytm, gdy poczułam metaforyczny kubeł lodowatej wody prosto z przerębla wylewany na głowę. Otwarta brama, Borys i jakiś nowy psi kolega. Postanawiam zachować spokój i wesołym tonem wołam:
-Borys, do mnie!- Borys się ucieszył, że dołączyłam do zabawy, ale nie ruszył się nawet na krok. Za to drugi pies zesztywniał i nie spuszczał ze mnie wzroku. Podeszłam bliżej, pies się oddalił. Nie wyglądało to za dobrze. Zaczęłam przemawiać spokojnym, łagodnym głosem. W mojej przemowie było dużo dobrego pieska, masz i słowa paróweczka, na która Borys ostatnio bardzo entuzjastycznie reagował. Nie do końca spodobało się to jednak jego nowemu koledze (nazwijmy go Azor). Azor przyjrzał mi się z rosnącym niepokojem, odwrócił się prezentując swój jamniczo-niezidentyfikowany ogonek. Do jego ogonka dołączyła biała kita Borysa i oba zaczęły się oddalać. Niewiele myśląc zaczęłam biec za nimi, na co Azor zareagował paniczną ucieczką, a Borys radosnym gonieniem się z kolegą. Zatrzymałam się pojmując swój błąd. Psy zwolniły, ale nie zatrzymały się. Rozpoczęła się nasza wędrówka wzdłuż ulicy. Na przemian wołałam Borysa i powtarzałam sobie jak mantrę "żadnych aut, niech nic nie jedzie..". Zrobiłam błąd i idąc za psami rozejrzałam się na boki. Ze wszystkich domów wyglądali ludzie. Stali przy płotach, siedzieli na balkonach i w ogródkach. Oczywiście nikt się nie ruszył, żeby zatrzymać dwa psy idące w stronę ruchliwej, głównej ulicy. Siedzieli, pili kawę i mieli ubaw. Psie ogony synchronicznie podskakiwały, od czasu do czasu zatrzymując się, żeby pozwolić nosom coś powąchać, albo sprawdzić pocztę na pobliskiej latarni. Marsz trwał kilka minut. Dwa psy, a 5-6 metrów za nimi rozczochrana wariatka w pidżamie. Uroczo.. Gorączkowo zastanawiałam się jak zatrzymać psy, nic nie przychodziło mi do głowy, a one wciąż zbliżały się do głównej. Przeszło mi przez myśl, żeby zawrócić w stronę domu i liczyć, że Borys pójdzie za mną, ale brakowało mi pewności, że to zrobi i bałam się go stracić z oczu. Psy zatrzymały się dopiero przy ostatnim domu,. Przy jego płocie skakał dobry kolega Borysa, więc oba psy zatrzymały się, żeby chwilę się pobawić. Szybko podbiegłam do tej trójki. Azor uciekł na mój widok, ale Borys został przy koledze zza płotu. Gdy zbliżyłam się na około metr, pies marnotrawny podbiegł do mnie ciesząc się, że w końcu dołączyłam do zabawy. Uklękłam przy nim czując opuszczającą mnie adrenalinę. Nagle sąsiedzi, którzy wcześniej nie byli zdolni do żadnego działania zaczęli doradzać mi jak ukarać psa.
- W tyłek mu! Więcej tego nie zrobi!
- Za flaki i do domu!
Ignorując ich nawoływanie pochwaliłam go gorąco, że w końcu podszedł. Borys pocieszył się chwilę i odwrócił się w stronę kolegów. No bez przesady.. Złapałam go za skórę na karku i spokojnie poszliśmy do domu nie oglądając się na te wszystkie tłumy, zawiedzione że skończyło się widowisko. Wracałam wściekła i sfrustrowana. Nie na psa. Przed nim jeszcze trochę czasu, zanim zmądrzeje. Byłam zła na ludzi, którzy nie byli w stanie zatrzymać psów, choć wiedzieli, że minuty dzielą ich od wybiegnięcia na główną ulicę. Nie chcieli podjąć żadnego działania. I to do teraz mnie gryzie. Bo Borys w końcu zmądrzeje i nie będzie biegł za każdym psem. A kiedy zmądrzeją ci wszyscy ludzie i przestaną ignorować psy, którym coś się może stać?